ZGUBNA BRAWURA...

Przyszedł czas na nieco moralizatorstwa z przykładami. W Sturmoviku mamy co prawda nieograniczoną liczbę samolotów, żyć itd., jednak zdrowe nawyki dbania o własne bezpieczeństwo również poza walką trzeba mieć. Inną sprawą jest latanie „frontowe” bądź na serwerach, na których mamy ograniczoną liczbę „kiepskich zdarzeń” przypadających na wirtualnego pilota. Dbajmy o wirtualne tyłki bo to z jednej strony świadczy o jakimś tam profesjonalizmie w naszych rozgrywkach a drugiej nie denerwuje kolegów z zespołu, w którym się leci wykonać postawione zadanie – głupia strata osłabia siłę całego ugrupowania.
Jak wiadomo śmierć w wyniku kontaktu z wrogim przeciwdziałaniem to tylko część strat wśród lotników. Bardzo dobrym przykładem jest historia 316 „Warszawskiego” Dywizjonu Myśliwskiego. Wypadki i straty przedstawiłem już kiedyś w formie tabeli. Wynika z niej, iż na 40 lotników tej jednostki, którzy ponieśli śmierć w czasie wojny, aż połowa to straty „niebojowe”. Pomijając wypadki spowodowane ciężkimi warunkami meteorologicznymi i przyczynami niewyjaśnionymi, wiele zdarzeń było wynikiem wybujałej fantazji, nieostrożności, zbytniej popędliwości, które prowadziły do błędów, kraks a często do śmierci lotników.
Poniżej przytoczę szereg takich tragicznych w skutkach sytuacji. Podobne do nich zdarzają się również w Iłkowej rzeczywistości. Nie grożą niczym graczowi, no może poza wkurzeniem kolegów z dywizjonu… heh. Potraktujcie ten artykuł jako łyk historii a także uzasadnienie pewnych naszych narzekań na graczy online o „nazbyt wybujałej fantazji”.
28 sierpnia 1941 roku. Kolejny długotrwały, nudny a zarazem tak istotny patrol nad morzem w osłonie konwojów. Zadanie mało efektowne, odpowiedzialne, lecz okrutnie męczące fizycznie i psychicznie. Specyfika tego typu lotów powodowała, że piloci (nie tylko 316-tego) urozmaicali sobie czas wykonywaniem różnych ewolucji. Oczywiście było to kategorycznie zakazane przez wszelkie regulaminy oraz jakby nie patrzyć nierozsądne, choćby ze względu na warunki wojenne i możliwość napotkania wroga.
Tego sierpniowego dnia porucznicy (Flying Officer – F/O) Gozdecki i Szalewicz urozmaicali sobie patrol wykonywaniem coraz to różnych ewolucji. Może i było w tym coś z popisów przed marynarzami obserwującymi ich z pokładów osłanianych okrętów a może tylko chęć zabicia monotonii patrolu. W pewnym momencie obaj piloci zaczęli ćwiczyć pozorowaną walkę. W którymś z udawanych ataków Gozdecki stromo zanurkował w stronę kolegi. Manewr ten okazał się zbyt brawurowy i pionowy jak na niewielką wysokość, na której poruszały się samoloty, a do tego Gozdecki swym Hurricane’em uderzył w ogon maszyny Szalewicza. Pierwszy z nich nie zdołał wyprowadzić samolotu po zderzeniu – z powodu niskiego pułapu i zapewne również uszkodzeń maszyny. F/O Szalewiczowi, którego Hurricane miał poważnie uszkodzone usterzenie ogonowe, z wielkim trudem udało się doprowadzić maszynę na lotnisko. Ciała Gozdeckiego nie odnaleziono, a symboliczny pogrzeb odbył się kilka godzin po tragedii. Cały dywizjon (12 maszyn) przeleciał na miejsce feralnego zdarzenia, by w akcie symbolicznego pogrzebu pożegnać kolegę i zrzucić wieniec w morskie fale.

Prawa belka ogonowa P-38 po czołowym spotkaniu z Bf-109
Po kilku miesiącach – w październiku 1941 w wypadku ginie Romuald Gadus, lubiany członek dywizjonu obdarzony nieprzeciętną fantazją. Właśnie ona stała się przyczyną zguby pilota. Brawurowy start z lotniska w Wolverhampton – Gadus w swym Hurricane’ie pędzi ile mocy w silniku, odrywa maszynę i efektownie wyrywa świecą w górę. W chwilę później silnik jego maszyny przerwał pracę, prędkość spadła szybciej niż trwało przeczytanie tego zdania, a samolot wpadł w korkociąg. Nie mając żadnych szans na wyprowadzenie maszyny pilot zginął w szczątkach myśliwca. W tym przypadku pilota zawiódł jego samolot, lecz gdyby nie wykonywany popis istniała duża szansa na wykonanie bezpiecznego awaryjnego lądowania...
W marcu 1943 dywizjon dotyka kolejna strata będąca efektem brawury w pozorowanej walce. Dwaj kaprale Antoni Plenkiewicz i Jerzy Gierczycki zderzyli się w czasie wykonywania lotu ćwiczebnego. Zawziętość, nieustępliwość i odwaga powinny iść w parze z rozsądkiem – szczególnie wtedy, gdy nie ma potrzeby szafować życiem – jak to pisał Bernard Buchwald w swojej książce.
Podobne wypadki nie omijały innych dywizjonów. Wśród Lwowskich Puchaczy (307 Dywizjon Myśliwski Nocny) swojego czasu zginęły w wypadkach lotniczych tuż po sobie dwie załogi. Straty były bardzo dotkliwe, gdyż jednostka używała dwusilnikowych myśliwców Bristol Beaufighter liczących po dwie osoby załogi – pilota i obserwatora. W przypadku katastrofy dublowało to ofiary w stosunku do lżejszych myśliwców. Atmosfera przygnębienia w dywizjonie spowodowała, iż młody por. pil. Stefan Maksymowicz-Raczyński wraz ze swoim obserwatorem por. Jerzym Łazarowiczem postanowili poprawić nastrój kolegów z jednostki. Chcieli dokonać tego za pomocą pokazu „sztuczek” akrobacyjnych na Beaufighterze. Nie dość, że zamiar się nie udał to jeszcze zakończył się tragicznie. W czasie improwizowanego pokazu pilot wprowadził maszynę w ostrą pikę, gwałtownie wyciągnął nad ziemią, lecz zawadził skrzydłem o pobliskie drzewo, co oczywiście doprowadziło do rozbicia się myśliwca na oczach obserwujących go kolegów. Tyle wyszło z poprawiania nastrojów… Jedynym pocieszeniem było cudowne ocalenie obserwatora. Samolot rozbił się na wale ziemnym i przełamał się na pół – przednia część po jednej stronie, ogon po drugiej. To ocaliło Łazarowicza, gdyż jego stanowisko w tyle kadłuba zostało odseparowane od silników, skrzydeł i kabiny pilota, wśród szczątków których w płomieniach na miejscu zginął Maksymowicz-Raczyński. Po wydobyciu ciężko rannego obserwatora z wraku samolotu lekarze nie dawali mu więcej jak kilka dni życia, jednak wysiłki personelu szpitala i silny organizm lotnika pozwoliły mu przeżyć pomimo krytycznych obrażeń. Dzięki temu na wspólnym pogrzebie pochowano tylko pięciu a nie sześciu lotników, będących ofiarami wypadków.
Równie bolesne straty ponoszono w zadaniach bojowych przy, wydawałoby się, stosunkowo bezpiecznych zadaniach. 11 czerwca 1944 roku 316-ty wykonywał dalekie rozpoznanie walką. Z lotu nie wrócił jeden z pilotów – sierżant pilot Fusiara. Tak zaciekle atakował cel (a były nim nieprzyjacielskie transporty kolejowe), że błędnie ocenił wysokość i zszedł zbyt nisko w czasie ostrzeliwania parowozu. Przelatując zawadził skrzydłem o komin atakowanej lokomotywy. Jego Mustang zrobił wywrót, spadł na stojące w pobliżu wagony i eksplodował grzebiąc zapalczywego lotnika. Drugi nieco podobny przypadek miał miejsce już w 1945 roku. Atakowana przez dwa Mustangi cysterna kolejowa eksplodowała od pocisków półcalowych Browningów. Siła wybuchu rozniosła na strzępy przelatującą nad nią maszynę a drugą znajdującą się niedaleko ciężko uszkodziła.

Przekładając wszystkie te przykłady na Iłkowe realia trzeba pamiętać, że ziemia zawsze dziwnym trafem wygrywa z naszym samolotem. Zawadzenie o drzewa, pojazdy, kominy czy objęcie skrzydłami latarni morskiej (zdarzyło się to z inicjatywy Mlada jednemu z jego przeciwników!) zwykle kończy się tzw. dzwonem, a tylko w nielicznych przypadkach ciężkim uszkodzeniem maszyny, którą możemy kontynuować lot… Lepiej nie trafić i podejść ponownie niż „przysunąć w glebę”.
Podobne wypadki w Il-2 Sturmovik 1946 (a pewnie i w innych symulatorach) zdarzają się bardzo często – unikajmy ich jednak – będziemy czuli, że dobrze latamy a i inni pomyślą to samo.
316_Basieks





Komentarze
strasznie to wygląda... strasznie
W kilku przypadkach widać ewidentne błędy pilotów. Co skłania doświadczonych pilotów do takiego zachowania nie wiem i chyba się nie dowiem. Jak można być tak bezmyślnym i nie przewidującym.
Te samoloty to perełki i samo ich pojawienie się na pokazach jest już sensacją. Po co narażać sprzęt i własne życie.
Nie wiem czy ktoś z was miał okazje być kiedyś na pokazach lotniczych w Anglii. Tam to jest po prostu festyn większość ludzi przychodzi z dziećmi pokazać jakie to dawniej cuda po niebie latały. Niektórzy jadą 300 mil żeby na żywo zobaczyć ulubioną maszynę w locie.
Zachowanie pilotów jak na filmach to zwykła brawura i to w najgorszym wydaniu. Nie wiem jak wy ale ja kiedy zobaczyłem Spita pierwszy raz w locie to łzy mi w oczach stanęły ze wzruszenia i dla mnie nie musiał kręcić wymyślnych akrobacji wystarczy że po prostu był.
Tyle ode mnie w tym temacie.
Nie zachowało się wiele filmów z tamtych wydarzeń ale mamy ich liczną "symulację" dzięki pasjonatom latającym zabytkowymi samolotami.
Wiadomo nie od dziś że jeden obraz wart jest tysiąca słów. Zobaczmy:
1. Spitfire:
- pętla na małej wysokości
http://www.youtube.com/watch?v=V-sp2k68T2I&feature=related
2. King cobra:
- za nisko, przeciągnięcie
http://www.youtube.com/watch?v=bhbcxqKPXR4&feature=related
3. Hurricane:
- wywrót na małej wysokości
http://www.youtube.com/watch?v=B5RpmviJ918&feature=related
- awaria podwozia
http://www.youtube.com/watch?v=rf9Br4n-hMc&feature=related
4. Mosquito:
http://www.youtube.com/watch?v=Ag5ut3tP3ZM&feature=related
5. P-38:
http://www.youtube.com/watch?v=AG4mCvUfpsk
http://www.youtube.com/watch?v=3hxzYBM1D1w
6. Jak-3:
http://www.youtube.com/watch?v=nc4xOLtCPVk
7. Mustang:
- lądowanie z kangurkiem i bocznym wiatrem
http://www.youtube.com/watch?v=iY5d81TxLAg&feature=fvw
- awaria podwozia
http://www.youtube.com/watch?v=ze2nEipDLR0&feature=related
- lądowanie parą "na siłę"
http://www.youtube.com/watch?v=8I0J3hhj4X8&feature=related
8. Blenheim'y RAF:
http://www.youtube.com/watch?v=q4j1fmrgYg8&feature=related
9. Transportowy Caribou ... bez komentarza:
http://www.youtube.com/watch?v=wc4v6AkeP7g&feature=related
10. Nawigacja precyzyjna:
http://www.youtube.com/watch?v=lp478Tgm5gg
11. Tak też można. Ryzykownie ale pod kontrolą:
http://www.youtube.com/watch?v=DQ0JKhIkUz4&feature=related
12. Początkujący spadochroniarz:
http://www.liveleak.com/view?i=e3f_1283112265
Ktoś kiedyś powiedział o Skalskim:
"He was a great commander and a brilliant leader, and we would follow him to hell if necessary"
Ludzie są z natury "układami psychicznie niestabilnymi". Nie lubią monotonii. Tak w prawdziwym życiu jak i w naszym ulubionym symulatorze.
Co zrobić żeby dyscyplina była przestrzegana?.
Najlepszym sposobem na to jest charyzmatyczna osobowość przełożonego!. Jeśli jej nie ma to w "realu" często sięga się do strachu i różnego rodzaju sankcji z finansowymi na czele.
Z doświadczenia wiem że bywają tacy ludzie za którymi "poszło by się w ogień".
Tu, w grze, znamy się osobiście słabo i każdy musi uznać swoją podległość "na słowo".
Żeby tak się jednak stało musi zostać spełnionych kilka warunków. Najlepiej opowie o tym ktoś kto narażał swoje życie przez kilka lat drugiej wojny światowej.
Oto cytat z książki pilota ił-2, Wasilija B. Jemieljanienki pt." Czerwone gwiazdy przeciw swastykom"
" Nikołaj A. Zub (d-ca eskadry) nie tolerował lekkomyślnego latania.
Nie pozwalał na wykonywanie sztuczek na pokaz, nie służących celom taktycznym.
Jedynym celem było osiągnięcie maks. rezultatów przy minimum wysiłku.
Nie lubił skomplikowanych szyków bojowych i przegrupowywania w powietrzu.
ZAWSZE MIAŁ NA WZGLĘDZIE DOBRO SKRZYDŁOWYCH.
Wybierał najkorzystniejsze trasy lotu i szybko zbierał grupę po ataku.
Nikt nie zostawał z tyłu a myśliwce nieprzyjaciela nie mogły liczyć na łatwą zdobycz". Jeśli dywizjon ma działać sprawnie to każdy z "podwładnych" musi uznać przywództwo adminów na polu walki lub tych którzy przyjmą na siebie takie zadanie. To nie podlega dyskusji.
Dobry żołnierz to taki człowiek który myśli ale wykonuje rozkazy automatycznie dostosowując ich realizację do znanych sobie zasad i aktualnej sytuacji. Jednak wykonanie rozkazu jest zawsze na pierwszym miejscu, "bo albo ty albo ciebie ..."!.